Na pogrzebie mojego ojca grabarz wziął mnie na bok: „Proszę pana, pański ojciec zapłacił mi za pochowanie pustej trumny”. Powiedziałem: „Przestań żartować”. Dał mi klucz i syknął: „Nie idź do domu. Idź na oddział 17 – TERAZ”. Zawibrował mój telefon. Mama napisała SMS-a: „Wróć sam do domu”.

Ja wchodzę do biura.

Każde zdjęcie zrobione z dystansu.

Każde zdjęcie oprawione jak myśliwy wybierający miejsce, w którym je umieści.

„Obserwował nas” – powiedziałem.

„Od trzech miesięcy” – powiedziała Patricia.

Mój tata wskazał na inne zdjęcie.

Victor Crane wychodzi przez bramę więzienia.

„To było dziewięćdziesiąt dwa dni temu” – powiedział. „Dobre sprawowanie. Zwolnienia lekarskie. Administracyjne bzdury. Wyrok na papierze wynosił trzydzieści lat. W rzeczywistości odsiedział dwadzieścia osiem”.

„A gdy tylko wyszedł” – powiedziała Patricia – „zaczął sięgać po resztki swojej dawnej sieci kontaktów, które mu zostały”.

„Chce zemsty” – powiedziałem.

Śmiech mojego taty był pusty. „Nie, dzieciaku. On chce sztuki”.

Odwróciłem się do niego.

Wytrzymał moje spojrzenie.

„Victor Crane nie zadowala się prostym morderstwem. Chce równowagi, takiej, jaką ją widzi. Odebrałem mu jego imperium. On chce mojej rodziny. Chce, żebym patrzył”.

Głębokie, nieprzyjemne mdłości podeszły mi do gardła.

Pomyślałem o Celeste.

Emmie.

Oliwierze.

Mojej mamie.

Wyciągnąłem telefon.

„Muszę zadzwonić do żony”.

„Zrób to” – powiedziała Patricia.

Celeste odebrała po drugim dzwonku.

„Julian? Jak pogrzeb?”

Jej głos brzmiał normalnie. Strasznie. Niewzruszony tym wszystkim.

Prawie mnie to załamało.

„Gdzie jesteś?”

„Z rodzicami. Dlaczego?”

Wstałem tak szybko, że aż zadrapałem się za plecami.

„Co?”

„Twoja matka zaprosiła nas na kolację po nabożeństwie” – powiedziała Celeste. „Napisała do mnie wcześniej i powiedziała, że ​​wpadniemy, zanim dotrzesz. Weszliśmy sami. Powiedziała, że ​​musi coś załatwić po cmentarzu”.

Ojciec zamknął oczy.

„Celeste” – powiedziałam, wypowiadając każde słowo zbyt szybko – „posłuchaj mnie uważnie. Zabierz Emmę i Olivera i wyjdź z domu”.

Zapadła cisza.

„Co? Dlaczego?”

„Nie mogę jeszcze wyjaśnić”.

„Julian, co się dzieje?”

„Proszę. Po prostu mi zaufaj. Zabierz dzieci i idźcie w jakieś publiczne miejsce. Do restauracji. Do zatłoczonego sklepu. Gdziekolwiek, gdzie jest dużo ludzi. Nie idź do nas. Nie wracaj do domu moich rodziców. Nie mów nikomu, dokąd idziesz, dopóki nie wezwę pomocy”.

Zamilkła na tak długo, że pomyślałam, że połączenie się urwało.

Potem, ciszej, zapytałam: „Czy jesteśmy w niebezpieczeństwie?”

Spojrzałam na ojca.

Nagle wyglądał starzej niż kiedykolwiek go widziałam.

„Tak” – powiedziałam.

Zaparło jej dech w piersiach.

„Dobrze” – wyszeptała. „Dobrze. Zaraz pójdę po dzieci”.

„Zadzwoń, jak tylko będziesz bezpieczna”.

„Zadzwonię”.

„A Celeste?”