Stała tam kobieta i czekała.
Miała pod czterdziestkę, może nawet na początku pięćdziesiątki, ubrana była w ciemne spodnie i granatowy płaszcz. Wyglądała jak ktoś, kto spędził lata w instytucjach, gdzie wymagano od ludzi stanowczości i szybkich decyzji. Jej wzrok był bystry i opanowany, i dostrzegł mnie, gdy tylko wysiadłem z samochodu.
„Julian Mercer?” zapytała, kochanie.
Nie.
„Patricio?”
Wyraz jej twarzy się nie zmienił, ale coś w nim stwardniało, jakbym rozpoznał. „Chodź ze mną”.
„Kim jesteś?”
Sięgnęła do kieszeni płaszcza, otworzyła zakładkę i zamknęła ją, zanim zdążyłem w pełni przetworzyć listy.
„Agentka specjalna Patricia Holloway. FBI”.
Zatrzymałem się.
„FBI?”
Spojrzała za mnie w stronę drogi. „Wszystko się wyjaśni, ale nie tutaj”.
„Co FBI ma wspólnego z moim ojcem?”
Zacisnęła usta. „Więcej niż ci się spodoba”.
Poszedłem za nią przez boczną furtkę i wszedłem w labirynt schowków.
Numery jednostek są wysyłane w kolejności: 3, 5, 9, 11.
Moje serce biło szybciej z każdym krokiem.
Chciałem, żeby to była pomyłka.
Chciałem zajść za róg i znaleźć jakieś wytłumaczenie – mój ojciec uwikłany w jakąś absurdalną grę w planowanie spadku, jakiś dramatyczny żart, który poszedł za daleko, dziwną próbę przekazania mi ostatniej życiowej lekcji zza grobu.
Zamiast tego Patricia poprowadziła mnie dalej w głąb ośrodka, dalej od biura i drogi, aż dotarliśmy do jednostki z tyłu.
17.
Odwróciła się do mnie. „Użyj klucza”.
Moje palce były niezdarne, gdy wsuwałem mosiężny klucz do kłódki. Lśnił idealnie.
Przekręciłem go.
Kłódka zatrzasnęła się.
Patricia cofnęła się o krok. „Podnieś drzwi”.
Złapałam za klamkę u dołu metalowych drzwi przesuwnych i pociągnęłam.
Komórka otworzyła się z głośnym brzękiem metalowych szyn.
A mój ojciec wstał ze składanego krzesła w środku.
Przez chwilę myślałam, że straciłam rozum.
Wyglądał dokładnie tak samo jak trzy dni temu, kiedy widziałam go żywego po raz ostatni – te same siwe włosy na skroniach, te same kwadratowe ramiona, ta sama zmarszczka między brwiami, która pojawiała się za każdym razem, gdy martwił się czymś, czego nie powiedział na głos. Wyglądał jakoś starzej, bardziej wyczerpany, ale niezaprzeczalnie był sobą.
Nie ciało.
Nie wspomnienie.
Lewanda.
„Julian” – powiedział.
Dźwięk jego głosu uderzył mnie mocniej niż widok jego twarzy.
Potknęłam się, zahaczyłam o krawędź drzwi i omal nie straciłam równowagi.
„Co…”
„Jestem weterynarzem” – powiedział szybko, robiąc krok naprzód z wyciągniętymi rękami, jakby zbliżał się do rannego zwierzęcia. „Wiem, jak to wygląda. Proszę wejść. Zanim ktokolwiek zobaczy.”
Nie mogłem oddychać.
„Tata?”
Na dźwięk tego słowa jego wyraz twarzy lekko się złamał.
„Sufit”.
Wszedłem do środka.
A potem wszedłem kolejny.
Patricia otworzyła za nami metalowe drzwi, rzucając do pomieszczenia słabe sztuczne światło.
To nie był zwykły schowek.
A przynajmniej już nie.
Przednia część została przekształcona w coś pomiędzy bunkrem a pomieszczeniem monitoringu. Na składanych stołach leżały laptopy, sprzęt radiowy, mapy, telefony komórkowe w stertach teczek. Na monitorach wyświetlano na żywo nagrania z monitoringu z wejścia do kompleksu, pobliskich dróg i czegoś, co wyglądało na kamery osiedlowe. Na jednej ze ścian wisiały obrazy nawleczone na czerwony sznurek w tak chaotyczne wzory, że aż bolały mnie oczy: twarze, tablice rejestracyjne, mapy ulic, wyciągi bankowe, akty własności, wycinki z gazet.
Z tyłu stało łóżeczko, minilodówka, skrzynki z butelkowaną wodą i zapasy wystarczające, by przetrwać bez prądu tygodnie.
A pośrodku tego wszystkiego stał mężczyzna, którego pochowałem.
„Jak?” – wyszeptałem.
Ojciec powoli odetchnął. „Usiądź, synu”.
Zapadłem się w najbliższe składane krzesło, nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
Patricia stała przy drzwiach, skrzyżowała ręce, czujna.
Ojciec siedział naprzeciwko mnie, pochylony do przodu, z przedramionami opartymi na kolanach.
„Nie ma prostego sposobu, żeby to powiedzieć, do kopania” – powiedział. „Więc powiem wprost”.
„Zacznijmy od ciała na pogrzebie”.
Na chwilę zamknął oczy. „Zwłoki z programu medycznego. Ten sam wzrost. Podobna budowa ciała. Zakład pogrzebowy dostał zapłatę za to, żeby nie zadawać żadnych pytań”.
Wpatrywałam się w niego.
„To szaleństwo”.
„Dziękuję”.
„Widziałam, jak mama całowała cię w czoło”.
Ból przeszył mu twarz. „I-weterynarz”.