Podczas drugiego czytania zauważyłem ślady pozostawione przez jego długopis na papierze przy słowach They have her (Oni ją mają).
Przy trzecim zauważyłem, że napisał Tata zamiast Ojciec.
Zawsze podpisywał dla mnie notatki w ten sposób.
Oparłem się o fotel kierowcy i zamknąłem oczy.
To nie miało sensu.
Nic z tych rzeczy.
A jednak każdy instynkt w moim ciele, każda głęboko zakorzeniona część mojego mózgu, która rozpoznawała niebezpieczeństwo, zanim logika zdążyła je nazwać, mówiła, że ten list jest prawdziwy.
Mój ojciec znał ten tekst.
Przewidział to.
Wiedział, że otrzymam go na cmentarzu.
Co oznaczało, że ktoś nas obserwował.
Spojrzałem ostro w górę i sprawdziłem lusterko wsteczne.
Nic, tylko rzędy grobów, polerowane kamienie, wilgotna ziemia.
Mimo wszystko przeszedł mnie dreszcz.
Uruchomiłem samochód.
Magazyn Route 9 znajdował się na skraju miasta, za centrami handlowymi i restauracjami sieciowymi, za sklepem z narzędziami, do którego tata zabierał mnie w sobotnie poranki, gdy byłem dzieckiem. Im dalej jechałem, tym bardziej miasto przerzedzało się, zapełniając magazynami, ogrodzonymi działkami i odcinkami pustej drogi, porośniętej krzakami i słupami energetycznymi.
Chmury wisiały nisko i szaro nad autostradą. Popołudnie, w którym wszystkie kolory wydawały się blade.
Ciągle sprawdzałem lusterka.
Każdy czarny SUV przyspieszał mi puls. Każdy samochód, który zatrzymywał się za mną dalej niż kilka kilometrów, wydawał się podejrzany. Dwa razy niepotrzebnie skręcałem, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie śledzi.
Nikt tego nie zrobił.
Albo jeśli już, to byli na tyle dobrzy, że nigdy ich nie złapałem.
Magazyn był większy, niż się spodziewałem – rzędy kontenerów z falistej blachy za drutem kolczastym. Kamery monitoringu obracały się powoli, dyskretnie, w powietrzu. Wyblakły szyld przy bramie reklamował klimatyzowane kontenery i całodobowy dostęp.
Zaparkowałem w pobliżu biura.
Zanim zdążyłem wyjść, drzwi biura się otworzyły.