Nagle z potężnych głośników kościoła rozległ się piskliwy, piskliwy sprzężenie zwrotne, zmuszając wszystkich do zakrycia uszu. Don Chucho, ukryty w zakrystii, podłączył kabel pomocniczy magnetofonu bezpośrednio do głównego wzmacniacza. I wtedy, zamiast religijnych śpiewów, od świętych murów dobiegł jadowity głos:
„Mam już dość, arogancka starucho! Mam dość żebrania o ochłapy… Jutro, kiedy parobcy znajdą błotniste ślady stóp prowadzące do pustki, powiedzą, że biedna, szalona wdowa poszła szukać zmarłego syna i się poślizgnęła…”
Zapadła absolutna, ciężka i przerażająca cisza. 400 uczestników wstrzymało oddech. Waleria zatoczyła się do tyłu, blada jak ściana, wpatrując się z przerażeniem w mówców.
„To podstęp! Zmanipulowane kłamstwo, żeby odebrać mi to, co moje!” – krzyczała histerycznie.
Ale wtedy ciężkie, drewniane drzwi zakrystii otworzyły się z hukiem. Pisk kół przerwał panikę. Pchane przez starego wieśniaka i eskortowane przez małą, bosą dziewczynkę, drewniane krzesło wysunął się do przodu. Siedziała na nim Doña Carmen, pokryta błotem, czarnym pyłem i zadrapaniami, lecz z postawą emanującą przytłaczającą mocą.
W kościele rozległy się okrzyki zdumienia.
„Nie umarłam, ty cholerna pijawko!” – ryknęła matriarcha, chwytając mikrofon, który podał jej Don Chucho. „Wrzuciłaś mnie do piekła, ale sama wróciłam z płomieni, żeby dopilnować, żebyś resztę swojego nędznego życia spędziła gnijąc w więzieniu!”
Waleria próbowała uciec do bocznego wyjścia, ale mieszkańcy miasta zablokowali jej drogę. Kilka minut później policyjne syreny przerwały napięcie, a ambitna synowa została wyprowadzona w kajdankach, kopiąc i przeklinając wśród szyderstw tłumu, a jej imperium kłamstw rozpadło się w gruzy.
Minęło sześć miesięcy od skandalu, który wstrząsnął całym Jalisco. Hacjenda „El Centenario” nie jest już zimnym, elitarnym miejscem, jakim była kiedyś. Jej bramy są otwarte. Doña Carmen, z lśniącymi białymi włosami i spokojnym wyrazem twarzy – czymś, czego nigdy nie miała w młodości – spogląda z głównego balkonu. Wschodnie skrzydło ogromnej rezydencji zostało przekształcone w ośrodek edukacyjny i dom dla osieroconych dzieci z regionu. Don Chucho jest teraz dyrektorem generalnym posiadłości, traktowanym z szacunkiem, na jaki zawsze zasługiwał.
W centralnym ogrodzie, w cieniu liściastego drzewa poinciana, Citlali siedzi z notesem. Ma już na sobie nowe buty i czystą sukienkę. Doña Carmen przewraca się na swoim nowoczesnym wózku inwalidzkim i delikatnie głaszcze dziewczynkę po włosach. Citlali podnosi wzrok, bierze do ręki gruby ołówek i z językiem wystającym z wysiłku osoby, która dopiero uczy się czytać, pisze drżącym pismem na pustej stronie: „Babciu”.
Doña Carmen wybucha płaczem, całując w czoło dziewczynkę, która uratowała ją z błota i jej własnej ciemności. Tego popołudnia słońce świeciło inaczej na polach agawy, przypominając wszystkim, że pieniądze dają władzę, ale lojalność i szczerą miłość zdobywa się sercem, a czasem najdzielniejsi aniołowie nie mają ani skrzydeł, ani głosu, lecz ręce splamione ziemią.