Przeszłam obok nich.
„Dokąd idziesz?” – zapytał, czując narastającą panikę.
Zatrzymałam się w drzwiach.
Tylko na sekundę.
Potem się odwróciłam.
„Znaleźć miejsce, w którym nie będę musiała prosić o przynależność”.
I z tym…
Odeszłam.
Bez krzyku.
Bez dramatycznego załamania.
Bez retrospekcji.
Tylko odgłos moich kroków znikających w nocy…
I cichy koniec małżeństwa, które tak naprawdę nigdy się nie zaczęło.