Kiedy pewnego popołudnia Melissa wpadła przez drzwi, podskakując z plecakiem, jej podekscytowanie rozświetliło mały salon. Zbliżało się zakończenie przedszkola, oznajmiła, i wszyscy dostają nowe sukienki. Uśmiechnęłam się, choć czułam ucisk w piersi. Wiedziałam, że nie stać nas na nową sukienkę, a myśl o rozczarowaniu jej przyprawiała mnie o ból żołądka. Tej nocy, po tym, jak zasnęła, wpatrywałam się w stan mojego konta w telefonie, czując się bezradna, dopóki nie przypomniałam sobie o pudełku Jenny z jedwabnymi chusteczkami. Zebrała je podczas naszych podróży – maleńkie dzieła sztuki starannie złożone w drewnianym pudełku, kolorowe tkaniny haftowane delikatnymi kwiatami. Nie dotykałam ich od jej śmierci, ale teraz, patrząc na miękkie, cenne tkaniny, zaczęła kiełkować we mnie myśl. Moja sąsiadka, pani Patterson, dała mi kiedyś maszynę do szycia, której już nie potrzebowała, i od lat stała nieużywana. Tej nocy wyciągnęłam ją i rozpoczęłam żmudny proces przerabiania chusteczek Jenny na sukienkę dla Melissy.
Przez trzy noce z rzędu oddawałam się samouczkom, dzwoniłam do pani Patterson po wskazówki i starannie szyłam każdy element. Powoli sukienka zaczęła nabierać kształtu: miękki jedwab w kolorze kości słoniowej z maleńkimi niebieskimi kwiatkami ułożonymi w patchworkowy wzór. Nie była idealna, ale była piękna i nosiła w sobie cząstkę Jenny w każdym szwie. Kiedy zawołałam Melissę do salonu, żeby ją pokazać, jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Przesunęła palcami po miękkiej tkaninie, zakręciła się z zachwytem i pisnęła: „Wyglądam jak księżniczka!”. Mocno ją trzymałam, mówiąc, że sukienka pochodzi z chusteczek jej matki, a ona promieniała zrozumieniem i miłością. W tamtej chwili każda nieprzespana noc i każda chwila zwątpienia wydawały się tego warte. Znalazłam sposób, by Jenna była blisko nas, nawet podczas jej nieobecności, i by Melissa czuła się wyjątkowa i kochana.